wtorek, 23 września 2014

KOREA - WEEK #3



Początek zajęć, kilka spotkań i nawet się nie obejrzałam jak zleciał kolejny tydzień. Folder ze zdjęciami zrobił się niepokojąco duży, choć wciąż tak wiele ciekawych momentów i scen ucieka sprzed mojego obiektywu.
W ciągu ostatniego czasu udało mi się odwiedzić kilka ciekawych miejsc. Od zawsze uwielbiam morze i trudno jest mi znaleźć coś porównywalnego do poranka spędzonego na plaży. Dlatego nie byłabym sobą gdybym nie skorzystała z okazji, że jedna z linii metra w ciągu 1,5h dociera do najbliższego wybrzeża. Stacja Incheon nad Morzem Żółtym i połączona z lądem „wysepka” Wolmido. 

O godzinie 8 rano nasze blade twarze stanowiły niemałą atrakcję dla tamtejszych mieszkańców, którzy chętnie udzielali nam mniej lub bardziej zrozumiałych wskazówek. Pod tym względem Koreańczycy zasługują na same dobre słowa. Jeśli zapytasz o drogę na pewno znajdzie się ktoś kto Ci pomorze. Dość prawdopodobne jest też, że pomoże Ci nawet jeśli nie zapytasz. 

Tak czy tak, dotarłyśmy bez większych perturbacji. Jeśli mam być szczera nie był to najpiękniejszy brzeg jaki widziałam. Niemniej jednak za taki też nie uchodzi, więc skupiłam się na wodzie, ciszy i świeżym powietrzu, o którym w centrum mogę tylko pomarzyć. 


Zaliczyłyśmy wzniesienie z punktem widokowym, tradycyjny ogród i toast z mojego ulubionego, tradycyjnego alkoholu czyli Makgeolli. Jeszcze na pewno o nim wspomnę, bo rzadko zdarza się by alkohol był nie tylko smaczny, ale i zdrowy. 

Tutaj muszę ponownie napisać o tym jak mieszkańcy Korei dbają o swoją formę. Poza tym, że codziennie o poranku grupy starszych pań i panów maszerują wokół boiska przy moim kampusie, to nawet w drodze do punktu obserwacyjnego minęłyśmy w pełni wyposażoną (były nawet sztangi i hantle!) publiczną siłownię na świeżym powietrzu. Dodatkowo co kilkadziesiąt metrów napisy na zimie informowały nas o ilości spalonych kalorii i odległości, jaka pozostała do szczytu. Całkiem motywujące. 
Dotarłam również do tradycyjnej dzielnicy Insa-dong (인사동). Jest to typowe miejsce odwiedzin dla grup turystów, którzy łakną wszelkiego rodzaju pamiątek i pocztówek, bo prawdą jest, że dostanie pocztówki w Seulu jest porównywalnie ciężkie co znalezienie smacznego chleba. Sklepy pękające od wszelkiego rodzaju souvenirów, ekspedientki zachęcające do zakupu i stragany z jedzeniem ulicznym. A poza tym starsze panie z parasolkami chroniącymi od słońca i panowie, którzy zebrani w ciasne grupki uprawiają amatorski rodzaj ulicznego hazardu. 

Kolejny dzień, kilka przystanków metrem i wylądowałam na Dondaemun (동대문), czyli dzielnicy, która stanowi swoiste połączenie wielkich hal rynkowych i centrów handlowych. Począwszy od ciasnych budynków z całymi piętrami, które przypisane są pod konkretną część garderoby (piętro ze skarpetkami podbiło moje serce) do nowoczesnych sklepów z przykuwającymi uwagę ubraniami „made in Korea”. Sama skusiłam się na drobny zakup a następnie urządziłam sobie mały spacer wzdłuż strumienia Cheonggyecheon (청계천), ciągnącego  się przez samo centrum miasta. W ciągu dnia nie zrobił on na mnie oszałamiającego wrażenia, jednak zdążyłam się już przekonać, że Seul to metropolia, która najlepiej „smakuje” nocą. Wracając przecięłam Dongdaemun Plaza, neo-futurystyczny monumentalny obiekt, sprawiający niebywale surowe wrażenie przy krzykliwych kolorach neonów i afiszy tysięcy małych „restauracyjek” zalewających całą stolicę.

Jeśli chodzi natomiast o wieczory… Zdecydowanie za tym będę tęsknić najbardziej po powrocie do Polski. Wychodząc późną porą człowiek uświadamia sobie, że tutaj nie ma „złej” godziny na jedzenie, szczególnie, że picie koreańskiego alkoholu bez odpowiedniego posiłku jest po prostu w złym guście i na pewno nie zostanie zaakceptowane w „restauracji”. Cudzysłowu używam tutaj nie dlatego by umniejszyć tutejszym lokalom, ale by podkreślić, że zdecydowanie różnią się one od tego co Europejczycy zwykli umiejscawiać pod hasłem „restauracja”. Póki co wciąż najchętniej wybieram się na 파전 (pajeona). Przemiła obsługa i ilość przystawek zależna jedynie od apetytu klienta. Polubiłam nawet tofu, które świetnie łączy się z sosem sojowym. Polecam każdemu, kto chce zaznać trochę azjatyckiego klimatu szczególnie, że oprócz tego iż jest wyjątkowo niskokaloryczne zawiera naprawdę dużo białka.   

 

4 komentarze:

  1. Kurczę, faktycznie oni tak dbają o swoją kodycje? Niesamowite!:P Intryguje mnie ten alkohol... jak to zdrowy?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio, tylko, że bardzo często raczej maszerują niż biegają, ale wciąż jest to lepsze od siedzenia przed telewizorem. O 6 rano stadion jest pełen Pań po 60. Inną sprawą jest to, że jeszcze nie widziałam starszej osoby z nadwagą, a jestem tu już miesiąc. :)
      O alkoholu jeszcze napiszę. Jego kaloryczność jest porównywalna do soku i ma do tego wiele dobry składników odżywczych ^^

      Usuń
  2. Tofu uwielbiam, więc korzystaj z ich przepisów i smaków póki możesz! :) Piękne zdjęcia i jak zawsze pragnę więcej!

    OdpowiedzUsuń